Od lat interesuję się rynkiem nieruchomości. Sądzę, że wzięło to swój początek od miłości do architektury. Architektem wprawdzie nie zostałam, bo, mimo że dość dobrze rysuję i podobno mam niezłą wyobraźnię przestrzenną, orłem z matematyki niestety nie jestem – nad czym od zawsze ubolewam.

Jestem wręcz zafascynowana dobrą architekturą. A dobra architektura – to dla mnie przede wszystkim budynki z międzywojnia. I ta właśnie fascynacja międzywojenną architekturą doprowadziła mnie do kolejnej pasji, jaką stanowi rynek nieruchomości. Moja praca zawodowa nie ma nic wspólnego z tym tematem. Nie mam również zamiaru – póki co – zmieniać miejsca zamieszkania. Nie szukam domu czy mieszkania dla siebie i swoich bliskich. Mimo to, o ile czas mi pozwala, wertuję nieustannie ogłoszenia związane z rynkiem nieruchomości. Po prostu to lubię – poza czytaniem książek i podróżami, na które w ostatnich latach nie pozwalają mi wieczne deficyty finansowe.

Moją szczególną uwagę przyciągają – jak się zapewne domyślacie – ogłoszenia o sprzedaży nieruchomości, które są owocem geniuszu architektów z okresu międzywojennego. Większość budynków wzniesionych w tym złotym wieku polskiej architektury – o czym już kiedyś pisałam – to perełki w krajobrazie naszych polskich miast. Mają znakomite proporcje, odznaczają się wprost niebywałą harmonią a drobne detale architektoniczne dodają tym domom niezwykłej wprost urody. Nie można też zapomnieć o tym, że w parze z genialnym projektem idzie zazwyczaj mistrzowskie wykonanie.

Zasadniczą jednak sprawą w przypadku międzywojennych nieruchomości, czy to ekskluzywnych willi, czy znacznie skromniejszych budynków wielorodzinnych jest to, że zarówno jedne, jak i drugie, po prostu nadają się do mieszkania. Rzecz jasna, na ogół po dokonaniu generalnego remontu. Mają na ogół świetny rozkład; szczegółowo przez architekta przemyślany, a nie przypadkowy. Posiadają odpowiedni metraż, który nie przyprawia o klaustrofobię. I wysokość, która sprawia, że osoby o ponadprzeciętnym wzroście nie zaczepiają głową o żyrandol.

Wertując ogłoszenia na portalach związanych tematycznie z obrotem nieruchomościami, wyszukuję sobie – sztuka dla sztuki – takie nieruchomości, najczęściej mieszkania w kamienicach z lat dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku. Oglądam zdjęcia tych mieszkań dla samej przyjemności oglądania. Póki co. Nigdy przecież do końca nie wiadomo, co czeka na każdego z nas za kolejnym zakrętem życia.

Być może – przy mojej delikatnej pomocy – przeznaczenie doprowadzi mnie jeszcze do mieszkania w kamienicy z międzywojnia? Może wezmę kredyt hipoteczny? Chociaż taki właśnie produkt finansowy, jak kredyt hipoteczny, nie należy do najchętniej proponowanych przez banki produktów osobom w pewnym wieku! Ale – kto wie?

Gdyby jednak kręta ścieżka mojego życia co nieco się wyprostowała, i gdybym w końcu zajęła się pracą, która generuje nieco większe dochody – to z pewnością kupię takie mieszkanie. I będę mieszkać jak Człowiek (tak, tak – przez duże C) – chociaż, generalnie rzecz biorąc, na metraż akurat tak bardzo nie narzekam…